piątek, 17 lutego 2017

Dzień Kota!

Kalendarz pokazuje dziś datę 17 luty, a to oznacza, że mamy dzisiaj DZIEŃ KOTA. Oczywiście żadna kociara nie może przejść obok takiego dnia obojętnie. Później podsunę wam kilka najlepszych pomysłów na świętowanie, a na początek zapraszam do obejrzenia mojej kolekcji kocich książek. 

Są to książki czysto kocie (na temat zachowania kotów i opieki nad nimi) i powieści z kocim bohaterem, ale również kilka takich, które tylko w tytule lub na okładce zawierają kocią postać.

1. Wojownicy. Ucieczka w dzicz Erin Hunter
2. Wojownicy. Ogień i lód Erin Hunter
3. Myszy i koty Gordon Reece
4. Co Twój kot próbuje Ci powiedzieć Arden Moore
5. Opowiadania pod psem i kotem Grażyna Bąkiewicz, Renata Jabłońska, Rafał Grupiński, Adam Kaczanowski, Magdalena Kasprzak, Jarosław Klejnocki, Daniel Koziarski, Irena Matuszkiewicz, Iwona Menzel, Zofia Mossakowska, Olga Saska, Bartek Świderski
6. Dlaczego psy są lepsze od kotów Bradley Trevor, zdjęcia: Rachael Hale
7. Szczęśliwy kot Dorota Sumińska
8. Opowieści Druida Małgorzata i Edward Gardasiewiczowie
9. Co jest kocie? Małgorzata Biegańska-Hendryk
10. Gdy mój kot jest chory Bruce Fogle
11. Jak pies z kotem... Katarzyna Lorens-Padzik
12. Zwierzęta w domu Mirosław Huszcz
13. Koty
14. Rysowanie. Szkoła dla początkujących Naomi Lyons
15. Kocham mojego kota  Georgina Harris
16. Pamiętnik kociłapki Nobara Nonaka
17. Wojna domowa Marina Lewycka
18. Dlaczego koty nie lubią pływać? David Feldman
19. Biuro kotów znalezionych Kinga Izdebska
20. Kości niezgody Charlaine Harris
21. Kot który jadł wełnę Lilian Jackson Braun
22. Kot który się włączał i wyłączał Lilian Jackson Braun
23. Kot którylubił Brahmsa Lilian Jackson Braun
24. Kot który bawił się w listonosza Lilian Jackson Braun
25. Kot który znał Szekspira Lilian Jackson Braun












Jak najlepiej świętować Dzień Kota? Pomagając tym, które tego potrzebują! Jest na to kilka 
sposobów: 
  • Adopcja - jeśli od jakiegoś czasu nosisz się z zamiarem podarowania domu i miłości włochatej kulce to teraz jest na to idealny moment. Nie podejmuj jednak takiej decyzji pochopnie, musi ona być przemyślana wcześniej. 
  • Pomoc rzeczowa - sprawdź gdzie znajduje się najbliższe schronisko i odwiedź je zabierając ze sobą prezenty dla mruczków. Sucha i mokra karma zawsze są mile widziane. Poza tym z pewnością przydadzą się miseczki, zabawki, koce, środki czystości, preparaty przeciwpchelne i przeciwkleszczowe. Każde schronisko ma też swoje własne potrzeby i informacje o nich najczęściej można znaleźć na stronie internetowej.
  • Wsparcie finansowe - jeśli nie jesteś w stanie odwiedzić dzisiaj schroniskowców dobrą opcją dla Ciebie będzie przelanie dowolnej kwoty na konto wybranego schroniska lub fundacji. Z pewnością znajdziesz jego numer na stronie internetowej. Nie muszą to być duże kwoty. Pamiętaj, że każda złotówka się liczy!
  • Pomoc kotom wolno żyjącym - rozejrzyj się wokół, może gdzieś koło Ciebie żyje bezdomny kot, który potrzebuje pomocy. 
Gorąco zachęcam do świętowania! Ja z pewnością wybiorę się do schroniska w Katowicach i "Psitulmnie" w Zabrzu. A Ty? :)
www.psitulmnie.pl

sobota, 11 lutego 2017

The Story of Doctor Dolittle - Hugh John Lofting [ze słownikiem]



The story of Doctor Dolittle


Autor: Hugh John Lofting
Wydawnictwo: [ze słownikiem]
SeriaChildren's Books
Liczba stron: 183

Tytułowy dr John Dollitle pod wpływem kryzysu i bankructwa postanawia iść za głosem serca i zająć się leczeniem zwierząt. Pomaga mu w tym papuga Polinezja, która uczy go języka zwierząt. Wieść o weterynarzu kochającym zwierzęta i potrafiącym z nimi rozmawiać rozchodzi się po świecie. Przybywają do niego zwierzęta z różnych zakątków. Pewnego dnia doktor otrzymuje informację z Afryki, że małpy potrzebują jego pomocy. Zabiera, więc najbliższe sobie zwierzęta i wyrusza w podróż życia. 

Nie ma chyba osoby, która nie słyszałaby o doktorze Dolittle i jego niezwykłych zdolnościach. Muszę przyznać, że w dzieciństwie nie miałam okazji sięgnąć po książki opisujące jego przygody. Znałam jedynie filmową postać i przeżyłam niemałe zdziwienie, że nie ma ona prawie nic wspólnego z tą książkową. Cieszę się, że w dorosłym życiu dane mi było poznać tę publikację z 1920 roku i to w oryginale! 

Mimo iż angielskiego uczyłam się w szkole i nie jestem całkiem zielona w tym temacie, to nie czułam się na tyle pewnie by czytać książki w tym języku. Obawiałam się, jak pewnie wielu czytelników, że nie zrozumiem zbyt wielu rzeczy. Sięganie co chwilę po słownik czy sprawdzanie wyrażeń w internecie mija się z celem i odbiera całą radość z czytania. Z pomocą przyszło wydawnictwo [ze słownikiem]. Jego nakładem wydane zostały klasyki literatury w języku angielskim z ułatwiającymi zrozumienie słownikami.

Książka podzielona jest na trzy części:
1. vocabulary of most common words - w tym słowniczku znajdziemy słowa, które najczęściej pojawiają się w książce i wszystkie ich znaczenia. Jeśli zapoznamy się z nimi przed rozpoczęciem czytania powieści może ułatwić nam to sprawę.
2. chapters - czyli kolejne rozdziały powieści. Na marginesach znajdują się mini słowniczki z trudniejszymi słowami, które występują na konkretnej stronie. Każde słówko, które tam odnajdziemy jest zaznaczone w tekście pogrubieniem.  
3. vocabulary of all words - wszystkie słówka jakie wystąpiły na marginesach


Wszystkie te słowniki świetnie ze sobą współgrają i dają możliwość przyswojenia nowych słówek nie tylko podczas czytania, ale również po zakończeniu lektury. Jest to zdecydowanie świetne rozwiązanie. Jest jednak coś do czego mogę się przyczepić i przeszkadzało mi podczas lektury. Słownictwo na marginesie jest ułożone alfabetycznie, co niestety utrudnia szybkie sprawdzanie niezrozumiałych słówek. Dużo lepszym rozwiązanie byłoby ułożenie ich w takiej kolejności jak występują w tekście. Jest to jednak jedyna wada wydania i myślę, że da się to nadrobić.

Na pierwszy ogień poszedł u mnie Doctor Dolittle, który należy do kategorii Children's Books, czyli książek dla dzieci. Uznałam, że lepiej zacząć od czegoś prostego, ale okazało się, że wiele słówek znałam już wcześniej, a wszystkie, które były dla mnie nowe znalazłam na marginesach, więc nie było to konieczne. 

Sama jestem zachwycona tym co zaserwowało nam wydawnictwo [ze słownikiem]. Czuję dużą satysfakcję, że przeczytałam książkę po angielsku i z całą pewnością sięgnę po kolejne. Jest to idealne rozwiązanie dla osób chcących polepszyć swoje umiejętności językowe, bez względu na to na jakim są aktualnie poziomie. 

Warto zwrócić uwagę na okładkę. Jest bardzo minimalistyczna i przywodzi na myśl słownik. Bardzo podoba mi się to rozwiązanie, bo pokazuje nam wszystkie niezbędne informacje, a jednocześnie nie przytłacza kolorami lub rysunkami.

Nie bez znaczenia jest również cena. Większość publikacji w językach obcych, o ile w ogóle są dostępne w Polsce, osiągają naprawdę wysokie ceny. Wydawnictwo wyszło na przeciw naszym oczekiwaniom i oferuje swoje książki w przystępnych cenach. The story od Doctor Dolittle kupić możemy za 29 zł czyli tyle ile prawdopodobnie zapłacilibyśmy za wydanie w naszym języku. 
Książka jest świetna i kibicuje wydawnictwu z całego serca. Polecam każdemu, kto chciałby zacząć czytać po angielsku i rozwijać swoje słownictwo. Czytanie w obcym języku nie tylko uczy, ale również bawi i daje dużo satysfakcji. Nie ma nic lepszego niż łączenie przyjemnego z pożytecznym.
***
“Money," he said, "is a terrible nuisance. But it's nice not to have to worry.” 
***
"And often even after they got well, they did not want to go away-they liked the Doctor and his house so much. And he never had the heart to refuse them when they asked if they could stay with him. So in this way he went on getting more and more pets."
***
"And many od the tales that Chee-Chee told were very interesting. Because although the monkeys had no history-books of their own before Doctor Dollitle came to write them for them, they remember everything that happens by telling stories to their children."

__________________________________________________
Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu [ze słownikiem].

sobota, 4 lutego 2017

Chłopak na zastępstwo - Kasie West [Book Tour]


Chłopak na zastępstwo


Autor: Kasie West
Tłumacz: Jarosław Irzykowski
Wydawnictwo: Feeria Young
Liczba stron: 400
Moja ocena:  7/10

Siedemnastoletnia Gia przypomina ideał i jest typem pewnej siebie szkolnej gwiazdy. Jest przewodniczącą samorządu szkolnego, dobrze się uczy, ma świetny kontakt z rodzicami, wielu przyjaciół i chłopaka starszego o kilka lat. Chłopaka, który studiuje w mieście oddalonym o kilkaset kilometrów i w którego istnienie wątpią jej najlepsze przyjaciółki. Kiedy nadchodzi wyczekiwany przez nastolatkę dzień balu maturalnego, na którym ma przedstawić im Bradleya, ten niespodziewanie z nią zrywa. Zostawia ją załamaną na parkingu przed wejściem do szkoły. Nie chcąc wyjść na kłamczuchę paradoksalnie pakuje się w jeszcze większe kłamstwo. Prosi przypadkowego nieznajomego o odegranie roli jej partnera. Ku zaskoczeniu obojga chłopak zgadza się na ten układ. Ten szalony plan to jedynie początek zmian w życiu dziewczyny.

Po przeczytaniu pierwszych rozdziałów zaczęłam zastanawiać się po co sięgnęłam po tę książkę. Uznałam ją za stratę czasu i odpowiednią co najwyżej dla osób w wieku ok. 12 lat. Główna bohaterka, a za razem narratorka zdobyła u mnie tytuł dziecinnej snobki, bo jak inaczej nazwać osobę, która chłopaka chce mieć jedynie na pokaz, najbardziej liczą się dla niej polubienia wstawionych przez nią zdjęć, nie potrafi być szczera w stosunku do najbliższych przyjaciółek i prowadzi wojnę o przywództwo z jedną z nich. Doprowadzała mnie do szału, bo siedemnastolatce można już oczekiwać czegoś więcej. Jednak zagłębiając się coraz bardziej w lekturę zaczęłam zauważać, że nie wszystko jest takie jak się wydaje. Gia powoli sama uświadamia sobie jakie błędy popełnia i przechodzi pewnego rodzaju przemianę. Za sprawą Haydena - chłopaka na zastępstwo i jego rodziny zaczyna dostrzegać swój brak zaufania do przyjaciółek, wcale nie tak dobre relacje z rodzicami jakie mogłyby się wydawać z zewnątrz i to, że kłamstwo nie jest dobrym rozwiązaniem.

Mimo że nie trudno od samego początki domyślić się co wyniknie ze znajomości Gii i Haydena, to czułam przyjemność czytania. Myślę, że autorka nie miała zamiaru zaskoczyć czytelników, a zwrócić ich uwagę na aktualne problemy nastolatków. Pokazuje nam nie tylko na czym tak naprawdę powinna polegać przyjaźń i jaki skutki może przynieść nawet niewinne kłamstwo, ale również do czego doprowadzić może nadmierne korzystanie z mediów społecznościowych. Na podstawie Gii i jej najbliższej rodziny, widzimy jak telefon czy komputer może nas od siebie oddalić. Na szczęście nastolatka w porę zauważa swoje błędy i z pomocą chłopaka i nowej przyjaciółki stara się być lepszym człowiekiem. Bardzo podobała mi się ta jej przemiana z zapatrzonej w siebie przywódczyni w dziewczynę, która wie co tak naprawdę w życiu się liczy.

Sty autorki nie jest wymagający, ale również nie nudzi. Książka napisana jest prostym i zrozumiałym językiem. Czyta się ją niesamowicie lekko i naprawdę bardzo szybko. Strony przewracamy z zawrotną prędkością. Postacie występujące w powieści, których jest dość sporo, są bardzo realne. Nie mamy wrażenia, że tacy ludzie nie istnieją i są jedynie wytworem wyobraźni. Każdy z głównych bohaterów ma swoje plusy, ale również pokazuje swoje słabe strony. Nie są oni przekoloryzowani i przesłodzeni. Co bardzo mile mnie zaskoczyło w pozycji tej nie znajdujemy typowych schematów występujących w książkach młodzieżowych jakimi są trójkąty miłosne lub piękne szare myszki, które nie są świadome swoich wdzięków.

Mimo że na początku nie byłam zachwycona to z czasem bardzo polubiłam Chłopaka na zastępstwo. Jest to zdecydowanie książka z morałem, ale nie znajdziemy w niej wyjątkowej głębi. Sympatyczna i ciepła historia idealna na jeden weekend. Polecam ją głównie nastolatkom, ale też dorosłym lubiącym delikatne opowieści o przyjaźni i miłości.
***
"- Lubię dziwactwa. Normalność jest taka nudna.
- Fakt. - problem w tym, że byłam uosobieniem normalności. Prawdopodobnie właśnie dowiedział się najbardziej interesującej rzeczy na mój temat."
***
"Jak mierzymy dziś naszą wartość? Liczbą lajków, które otrzymał nasz post, tym, jak wielu mamy znajomych czy ile zebraliśmy retweetów? Czy w ogóle wiemy, co tak naprawdę myślimy, dopóki nie przedstawimy naszych myśli w sieci i nie dowiemy się od innych, ile ich zdaniem są warte?"
***
"- Co się stało?
- Wszystko w porządku.
- A wiesz, że te trzy słowa to najczęściej powtarzane kłamstwo w naszym języku?"
 _______________________________________________
Za możliwość przeczytania książki dziękuję organizatorce Book Tour z Chłopakiem na zastępstwo Marcie z bloga Znajdź Wymarzoną Książkę i wydawnictwu Feeria.

środa, 1 lutego 2017

Zapowiedź (fragment powieści): Syndrom Riddocha - Sylwia Błach



Syndrom Riddocha


Tom I:  Lepszego świata nie będzie

Autor: Sylwia Błach
Data wydania: 24.02.2017
Gatunek: Horror/postapo
Liczba stron: 230
Wydawnictwo: Dom Horroru 
Cena (okładka miękka): 35 zł 
Można zakupić ją na allegro (również w przedsprzedaży). 


Pod koniec miesiąca swoją premierę będzie miała najnowsza publikacja Sylwii Błach, autorki między innymi książek Bo śmierć to dopiero początek i Trzy lata strachu.





Opis z okładki:
Lubicie „Resident Evil“? Podobało Wam się „World War Z“? Kochacie klimaty w stylu „Więźnia Labiryntu“ i „Niezgodnej“? To książka dla Was!
Po trzeciej wojnie światowej nic nie jest takie, jak było.
Modyfikacje genetyczne są na porządku dziennym.
Technologia zastępuje człowieka.
Tylko jedno nigdy się nie zmieni: żądza władzy absolutnej.
Jesse, oślepiony w wyniku eksperymentu żołnierz tajnej jednostki Czyścicieli, wyrusza na z pozoru błahą misję. Ma odnaleźć Pierwszego – protoplastę nieumarłych. Zadanie okazuje się podstępem, na ulice wylegają hordy zombie, a przyjaciele stają się wrogami. Czy Czyścicielka wygra walkę z czasem? Czy pokona własne słabości? I w końcu: czy znajdzie tego, którego szuka cały świat?



Już dzisiaj zapraszam do lektury fragmentu książki, za którego udostępnienie dziękuję autorce.


Rozdział I

Biegł. Prosto na mnie. Wbrew jego zgniłym mięśniom i powykręcanym stawom, których budowę studiowałam w czasach, gdy jeszcze widziałam. Poruszał się w zastraszającym tempie.
Gdy był o krok ode mnie zrobiłam unik. Wychyliłam się w tył, jednocześnie wyrzucając wprzód nogę. Poczułam, jak wściekły chwyta mnie za stopę i obraca o sto osiemdziesiąt stopni.
Pozwoliłam ciału polecieć, świadoma, że w tym momencie każda próba obrony skończyłaby się skręceniem kostki.
Wpadłam na metalowe kosze. Brzdęk rozedrganej pokrywy utonął w hałasie miasta. Napięłam wszystkie mięśnie. Coś chrupnęło mi w barku, gdy rękoma zatoczyłam koła, by rozruszać stawy. Barki stłuczone, ale raczej nic nie złamane – zanalizowałam, gdy delikatny ból rozlał się po tkankach.
Ujrzałam ruch z prawej strony. Tym razem byłam przygotowana.
Podparłam się o stojący za mną kosz i z kocią zwinnością na niego wskoczyłam. Z całej siły uderzyłam zaciśniętą pięścią w kierunku przeciwnika. Poczułam jak kolce kastetu trafiają na miękką tkankę. Kopnęłam, trafiłam, szybko wycofałam nogę. Odpowiedział mi rykiem. W końcu znajdowałam się wyżej, miałam przewagę. Kopnęłam raz jeszcze, lecz zrobił unik.
Zamachnął się w moim kierunku. Widziałam tylko jego rękę. Zniekształcona, niczym na filmie w zwolnionym tempie, zmierzała ku mojej twarzy. Odchyliłam się w bok, jednak poczułam, jak ostre pazury rozcinają mi skórę na policzku. Sturlałam się z kosza, by uniknąć kolejnego z błyskawicznych ataków i na oślep wystrzeliłam nogi przed siebie, niczym w jakimś tandetnym japońskim filmie kung-fu. Trafiłam, choć nie wiedziałam ani w co, ani jak mocno. Usłyszałam tylko wściekły wrzask i uchyliłam się przed lecącą butelką.
Spudłował, ale gdy butelka rozprysnęła się o ścianę nieopodal mojej twarzy, kawałek szkła wbił mi się w policzek. Przyzwyczajona do bólu wyszarpnęłam go automatycznie, myśląc o infekcji, której bym nie chciała.
Ciepło spływającej po twarzy krwi sprawiło, że dostałam furii. Błyskawicznie wyprowadziłam cios sierpowy, a potem, drugą ręką, dodałam cios z dołu. Szkło w mojej dłoni wbiło się w jego szczękę. Zastygł w bezruchu, co nie ułatwiało mi zadania.
Celowałam na oślep, lewy prosty, sierpowy, prawy prosty, znów sierpowy. Czułam, jak moje dłonie trafiają w jego mokre, oślizgłe tkanki, a potem zobaczyłam jak się cofa o kilka kroków.
Był twardy. Gdy rzucił się na mnie, odskoczyłam w bok i zaatakowałam go od tyłu. Chwytając za coś, co kiedyś było ludzką szyją i szarpiąc z całej siły za ścięgna wiedziałam, że to już koniec.
Złamałam mu kark, a potem, gdy padł na ziemię powalony ciosem, z perfekcyjnym wyczuciem przestrzeni uderzyłam z całej siły nogą odzianą we wzmocniony blachami i gwoździami glan. Trafiłam dokładnie tam, gdzie chciałam: w głowę. Utwierdził mnie w tym tak charakterystyczny dźwięk przesuszonej, pękającej czaszki i plusk, który wydaje z siebie galaretowata maź mózgu, gdy dwucalowe gwoździe płynnie się w niej zatapiają...
Uklęknęłam i pozwoliłam dłoniom błądzić po jego ciele. Bezsprzecznie był to mężczyzna. Mimo zniekształconego ciała wyczuwałam mocny zarys szczęki, twardy tors i genitalia. Ubrany był do bólu zwyczajnie, pod palcami miałam twardą fakturę dżinsu i miękkość bluzy z kapturem... Moda ponadczasowa.
Gdy szedł, pewnie nikt nie zwracał na niego uwagi. Mocno naciągnięty kaptur musiał skrywać trupią twarz. A odmieńców jest na ulicach teraz tak wielu, że mutacje nie robią już na nikim wrażenia. Codziennie mijamy kobiety o nieproporcjonalnych sylwetkach, mężczyzn o dziwnych kolorach skóry czy ludzi ze zbyt dużymi lub małymi głowami. Przynajmniej tak mi mówiono.
On jednak nie był genetycznie zmutowanym człowiekiem, efektem leków i prochów branych przez troskliwą mamusię czy pozostałościami po spuszczeniu przez Koreę eksperymentalnej bakterii na państwa Ameryki Północnej. Był, po prostu, zombie. Ten charakterystyczny smród rozkładu rozpoznam wszędzie.
Jednego nie rozumiałam: dlaczego właściwie mnie zaatakował? Głód, rabunek? To nie pasowało.
Wbrew temu co opinia sądziła o żywych trupach, nie były jakieś nad wyraz silne czy powolne. Jedyne, co ich różniło od żyjących, to wytrwałość. Jeśli się nie zna słabych punktów, miejsc wrażliwych na atak – jest się na przegranej pozycji. Gdyby trafił na zwykłą dziewczynę, na pewno w mgnieniu oka pozbawiłby ją życia i zeżarł, oblizując się ze smakiem. Miał pecha, że trafił na Czyścicielkę.
Podniosłam się. Nie miałam siły ani chęci się nad tym teraz zastanawiać. Dzisiejszy dzień w Bazie mnie wykończył. Teoretycznie wojna się skończyła, praktycznie wciąż sprzątaliśmy śmieci po nierozważnych działaniach. Ile to już lat... Cholerne KML, FBS, KBZ i inne pierdolone wydziały, które zajmowały się tylko tak zwaną „czystą robotą”. Istnienie mojej drużyny, Czyścicieli, było utajone. Świat nie musiał wiedzieć, że hordy zombie są wśród nas i gdyby tylko zechciały, mogłyby zorganizować nam apokalipsę niczym z Resident Evil 12, a kto wie czy nawet nie bardziej spektakularną. Wybuchy, pościgi, krew na ulicach i dywany z trupów, te sprawy. Trzymaliśmy jednak potwory w szrankach i nie dostrzegaliśmy żadnych znaków wzmożonej agresji z ich strony. Co rozsądniejsze osobniki trzymały się na uboczu, prowadząc mało interesującą, ale jednak spokojną, egzystencję. Bardziej żywiołowe egzemplarze były eliminowane. I tak miało pozostać.

Po kilku głębszych oddechach i zatoczeniu kółek ramionami, by upewnić się, że wpadając na kosze nic nie nadwyrężyłam ani nie złamałam, podniosłam swego nieodłącznego przyjaciela: białą laskę, i skierowałam się w stronę domu. Dla postronnego obywatela niczym nie różniłam się od zwykłego niewidomego.
Co jakiś czas laska stukała o ścianę czy krawężnik, a wtedy zmieniałam kierunek. Zwykle jednak towarzyszyły mi tylko dźwięki miasta szykującego się do kolejnej nocy w klubach. Śmiech nastolatek, huk odpicowanych pojazdów, czasem namiętne odgłosy, gdy szłam skrótem przez opuszczone podwórka i place zabaw – często opisywane w gazetach jako skażone, tylko po to, by głodna wrażeń młodzież uprawiała tam miłość, a miasto zarabiało na mandatach wystawianych przez strażników za naruszenie moralności. Pragnienie adrenaliny, to nigdy nie przestanie nas napędzać.
Znałam mapę miasta na pamięć, a dziś był piątek, więc wolałam nadłożyć drogi niż znów wpaść na rozgrzaną młodzież. Wsłuchując się w roześmiane głosy tłoczące się przed kinem Capital, po raz kolejny w tym tygodniu stwierdzałam, że ostatnio zbyt późno wychodzę z pracy.
Kiedyś, tuż po tym, jak na swoje własne życzenie zachorowałam, żałowałam że już nigdy nie ujrzę świata przyszłości, w którym przyszło mi żyć. O takich jak ja mówiono: międzyepokowi. Urodzona w latach dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku, przez całe swoje życie obserwowałam błyskawiczny postęp techniczny. Wojny, które trwały w drugiej dekadzie wieku dwudziestego pierwszego sprawiły, że technologia zaczęła się rozwijać w zastraszającym tempie. Mówiące komputery obsługiwane przez roboty. Samochody samosterujące. Broń biologiczna, wirusy sprawiające, że ludzkie DNA się zmieniało, a żołnierze pozyskiwali nowe umiejętności.
Z drugiej jednak strony rozwój ten nie był aż tak niesamowity, jak moje pokolenie w swojej młodości się spodziewało. Wynajdywane było wszystko to, co mogliśmy sobie wyobrazić na początku  wieku, ale nic więcej. Nie tworzono nowych bakterii, a jedynie mutowano już istniejące. Tak jakby ludzka wyobraźnia osiągnęła swój kres... Wszystko to, o czym marzyliśmy: inteligentne domy, roboty, wirtualna rzeczywistość tak realna, jak jej prawdziwy odpowiednik, stało się prawdą. Ale nic ponadto. Nic, co by nas, ludzi wychowanych na filmach science-fiction, naprawdę zaskoczyło.
Nie tego jednak żałowałam tuż po przemianie. Brakowało mi widoku nieba, wciąż błękitnego i niesamowitego, przecinanego tysiącami kolorowych smug. Nad naszymi głowami latało kilka milionów samolotów dziennie, a w zależności od linii lub fantazji właściciela – zostawiały za sobą inny kolor pary, barwiąc tym chmury i tworząc przepiękny widok... Brakowało mi budynków, które osiągnęły architektoniczny wyż. Tworzone z nowoczesnych materiałów często przybierały dziwne obłe kształty lub zdawały się lewitować w powietrzu. Mody, bardziej barwnych i szalonych ubrań, niż kiedykolwiek, migających koszulek czy sukienek z wszczepianymi ekranami. Jedynie projektantów stać było na wymyślanie wciąż to nowych, nieznanych nam rzeczy, nie byłam więc nawet w stanie sobie wyobrazić jak ciekawie wyglądają ludzie, którzy mnie otaczają.
A wiedziałam, że już nigdy tego nie zobaczę.

Laska w dłoni wciąż drżała, dzięki czemu widziałam jej zarys. Trzydzieści lat temu, gdy zaczynałam pracę w Bazie, zgodziłam się zostać jednym z żołnierzy przyszłości. Wojsko, postapokalipsa, siła i bezwzględność tajnych agentów – to zawsze mnie fascynowało.
Byłam młoda, pełna energii, inteligentna i bez zobowiązań. Bez rodziny, bez chłopaka, nawet bez chomika czy kwiatka, który musiałabym podlewać. Idealny obiekt do przetestowania eksperymentalnej szczepionki.
Nie pamiętam, bym odczuwała wtedy strach, raczej podekscytowanie. Mieli mi wszczepić wirus wywołujący syndrom Riddocha. Syndrom znany od dawna, nigdy jednak całkowicie nie zrozumiany przez naukowców. Osoby niewidome dostrzegają wyłącznie ruch. Tylko tyle i aż tyle.
Oczywiście nie miałam stać się niewidoma, a wszczepiany mi wirus był wersją udoskonaloną. Wyostrzał percepcję, sprawiał, że każdy ruch miałam widzieć szybciej, jakby z wyprzedzeniem. Miałam stać się bardziej podatna na ruszające się bodźce, a co za tym idzie, lepiej strzelać z broni czy też szybciej dostrzegać nadbiegającego przeciwnika. Mieć wyostrzone zmysły.
Ale jak to w sytuacji, gdy pomysł jest w fazie eksperymentalnej, coś musiało pójść nie tak.
Gdy wirus wdarł się do ośrodka odpowiedzialnego za wzrok, przeżyłam najgorsze chwile w życiu. Wszystko co widziałam było zwielokrotnione. Przedmioty statyczne zdawały się wiecznie drżeć, a szybkość poruszających się w moją stronę osób zawsze była nienaturalna: raz szybsza, raz wolniejsza. Najmniejsze nawet poruszenie dostrzeżone w obszarze peryferyjnym sprawiało, że atakowałam, niczym w odruchu obronnym. Potrafiłam uderzyć drzewo, bo pod wpływem wiatru zadrżała na nim gałązka. Rzucić się w kierunku goniącego mysz kota. W końcu: zaatakować lustro, gdy dojrzałam w nim swoje odbicie, kalecząc się przy tym.
Widziałam tak, jak osoby z syndromem Riddocha. Ale jednocześnie widziałam też normalnie. Dwa nałożone na siebie światy.
Nie wiedzieliśmy co robić, a gdy do mediów wyciekła informacja o tym, że Baza eksperymentuje na ludziach, zaczęłam żyć w ciągłym strachu. Zapewne nie byłam pierwszą, którą próbowano modyfikować; ale na pewno o mnie, jako o pierwszej, dowiedział się świat. Przedstawiciele kościoła chcieli mnie wyeliminować, gdyż tylko Bóg ma prawo do tworzenia. Brukowce koniecznie chciały przeprowadzić ze mną wywiad. A przedstawiciele władz innych krajów podobno planowały porwanie. Nigdy wcześniej i nigdy później tak się nie bałam.
Ostatecznie podjęliśmy decyzję. Oślepiono mnie. Mikroskopijne roboty zszyły białka w ten sposób, bym już nigdy nic nie widziała. Oczy przykryte bielmem. Podobno coś takiego mam.
Długo zastanawialiśmy się nad tą decyzją. Sądziliśmy, że oślepienie pozbawi mnie także umiejętności postrzegania ruchu. Już na początku swojej kariery, miałam stać się weteranem wojennym, wykluczonym z walki, z nikłą pensją i medalem za odwagę, którym nawet nie mogłabym się chwalić, bo przecież należałam do jednostki, która oficjalnie nie istniała. Nie znając mechanizmów rządzących chorobą, sądziliśmy, że wszystko to, co się widzi, tkwi w oczach. Okazało się jednak, że postrzeganie siedzi gdzieś głębiej. Umysł i jego siła są wciąż niezbadane...
Od tej pory żyję z syndromem Riddocha, w udoskonalonej wersji. Odpowiada mi to. Dostrzegam każdy, najmniejszy ruch w okolicy. Nie mam problemu z wpadaniem na ludzi na ulicy, wymijam ich niczym widząca. Czasem wejdę w kosz czy ścianę, ale od tego mam laskę, by ich unikać. Gdy nawet ją wypuszczę z dłoni, znajduję w mgnieniu oka.
Mój przyjaciel, Korthel, jeden z naukowców odpowiedzialnych za mój stan, długo myślał jak stworzyć dla mnie wszelkie udogodnienia. W końcu wpadł na najprostsze rozwiązanie. To w jego głowie narodził się cały system urządzeń z małymi bateryjkami, które bezustannie drżą. Ludzkie oko tego nie dostrzega, moje – tak.
Jest dobrze, żyję tak, jak zawsze chciałam. Walczę. Wciąż należę do jednostki bojowej, wysyłają nas tam, gdzie sprawy stają się niejasne.
Przestałam już tęsknić za pięknem, myśleć o tym, czego nie mogę dostrzec. W głowie stworzyłam własny świat barw i kolorów. Zaczęło mi to wystarczać. Bo co gdybym nagle zaczęła widzieć i stwierdziła, że architektura jednak nie jest aż tak wyjątkowa? A tak wszystkie budynki powstały w mej głowie. Żyją tam i są zachwycające. Mój azyl...

W oddali dostrzegłam delikatnie drganie dużego prostokąta. Drzwi. Jestem w domu.

– Accueillir à la maison! – rozległo się w głośnikach, gdy przekroczyłam próg. Cholerny francuski.
Tak, dokładnie tak wygląda sprawa z tą nowoczesną technologią. Im jej więcej wokół nas, tym większe szanse, że coś będzie nawalać. Dobrze, jeśli to tylko ekspres do kawy, który źle wymierza ilość ziaren. Gorzej, gdy zawiodą zamki sterujące kuloodpornymi drzwiami i oknami, tworząc z naszego mieszkania nasz grobowiec.
Ja trafiłam na sytuację pośrednią. Dom co jakiś czas się resetował i zaczynał mówić do mnie w obcych językach. Słyszałam już przywitania po francusku, albańsku, nawet językach, które w trakcie wojny wymarły razem z całymi swoimi populacjami: baskijsku czy niemiecku. Wzywałam specjalistów od montażu, jednak roboty, które zastąpiły ludzi potrafiły tylko odpowiedzieć: wada fabryczna, koszt naprawy... I tu niebotycznie wysoka suma, dzięki której uznałam, że wolę już zacząć uczyć się języków obcych.
Brakowało mi prawdziwych majstrów. Niestety, większość firm zrezygnowała z zatrudniania ludzi. I to nie dlatego, że roboty były tańsze. Praca ludzka zawsze była i będzie najtańsza, wciąż po świecie chodzą osoby na tyle wykształcone, by sobie poradzić z prostymi naprawami, a jednocześnie nie mające wystarczającej wiedzy, by wspiąć się na szczeble kariery.
Kiedyś właśnie o nich mówiono „złote rączki”. Teraz zasilają szeregi bezrobotnych, włócząc się po ulicach i żebrząc lub jednym dramatycznym ruchem rezygnując z tego świata.
Żałowano ich, jednak korporacje były bezwzględne. Odkąd w dwa tysiące dwudziestym piątym do SSD, czyli Systemów Sterowania Domostwami, wkradł się wirus i pozamykał majstrów w domach razem z właścicielami, a potem ich żywcem ugotował ustawiając temperaturę na sto stopni Celsjusza, właściciele korporacji musieli wprowadzić roboty. I wbrew logice nie chodziło o to, że zginęły setki ludzi – na to nie ma sposobu, trwała wojna, więc śmierć obywateli to zdaniem panów ważnych normalna sprawa. Problemem stały się odszkodowania, które trzeba było wypłacić rodzinom majstrów za wypadek przy pracy. Ogromne sumy, wiele firm zbankrutowało. A co mądrzejsze, te które utrzymały się na rynku, zaprojektowały specjalne roboty i pozwalniały tysiące pracowników.
Od tej pory człowiek został zastąpiony przez maszynę. Maszyna nie ma bliskich, nikomu nie będzie trzeba płacić. Nikt nie będzie płakał.


sobota, 21 stycznia 2017

Cytaty: Poza cywilizacją - Ed Stafford cz.2


"Kiedy wróciłem do obozowiska, kozy stały bezczynnie w moim obozowisku. Z jakiegoś powodu skojarzyły mi się z grupą młodocianych dresów palących pod wiatą przystankową. Może była to pogarda, a może zazdrościłem im nieskomplikowanego życia." (str. 258)


***

"Z uśmiechem na twarzy zawołałem: >>Chcę się stąd wydostać! Chcę się wydostać z tej wyspy!<<, a potem do kamery dla przeciwwagi: >>Nie licz dni - niech każdy dzień się dla Ciebie liczy<<. Mądry człowiek, ten Muhammad Ali." (str. 315)

***

"Z zieloną bluzą obwiązaną wokół głowy, niczym pasterz z bożonarodzeniowych jasełek, czułem się jak wyspiarz z krwi i kości." (str. 321)

***

"Na czym polega życie? Czy to samotne wyprawy, podczas których chce się coś udowodnić sobie i innym? Egoistyczny pęd za kolejnym zastrzykiem adrenaliny? Poszukiwanie aprobaty i podziwu? A może to spędzanie czasu z ludźmi, na których nam naprawdę zależy, i troszczenie się i nich? Może więc nie jestem wcale niewdzięczny. Może po prostu dorastam." (str. 325)

***


"Wyspiarska nauka trwała już zbyt długo i mój umysł - niczym umysł dziecka na drugiej z rzędu lekcji matematyki - nie przyjmował prawie żadnych informacji." (str. 327)

***

"Musiałem zapamiętać tę lekcję: należy o siebie dbać; w każdej życiowej sytuacji należy sobie zapewnić komfort i wsparcie. Złożyłem zobowiązanie, że gdy wydostanę się z wyspy, zwolnię i będę się bardziej troszczył o siebie i o innych." (str. 333)

***


"Izolacja to najcięższa kara w więzieniu u najlepszy, pewny sposób, żeby złamać człowieka. Śruby do miażdżenia kciuków pojawiły się ze względu na presję czasu - ale jak masz czas, to najlepszym sposobem na przerobienie mózgu zdrowego mężczyzny na papkę jest zamknięcie go samego w ciemnicy na dwa miesiące." (str. 349)

***


"Nie da się uniknąć cierpienia. To oznaczałoby zatrzymanie się w rozwoju, przerwanie procesu uczenia się i życie polegające na unikaniu nowych doświadczeń. Stawianie czoła problemom i cierpieniu, szukanie rozwiązań, czyni nas mądrymi." (str. 352)

***


"Jedyna różnica polega na tym, że teraz wszystko przychodzi mi bez lęku, poczucia winy i szamotania się z samym sobą. Życie, całkiem po prostu, jest super." (str. 356)